Przejdź do głównej zawartości

AUTOMATY LICZĄ

Książka przedstawia historię pojawienia się i prób budowy w Polsce cyfrowych maszyn liczących - od ogromnych, zajmujących całe pokoje "mózgów elektronowych" po miniaturowe urządzenia o gabarytach jednotomowej "Encyklopedii Popularnej PWN" i od powstania Instytutu Maszyn Matematycznych do upadku wrocławskich zakładów Elwro. To także opowieść o narodzinach krajowej informatyki - i o tym, jak z akademickich laboratoriów komputery trafiły do fabryk, urzędów i gabinetów działaczy PZPR, by pod koniec lat 80. znaleźć się również w mieszkaniu statystycznego obywatela.

"Automaty liczą" ukazały się w maju 2013 roku nakładem wydawnictwa Novae Res.


Książkę można kupić w księgarniach internetowych: zaczytani.plpoczytaj.plgildia.pl, gandalf.com.pleClicto (e-book) i innych.

Dzieje polskich komputerów – zwanych kiedyś mózgami elektronowymi – znają właściwie tylko ludzie zaangażowani w ich budowę. Przeciętny Polak pewnie historię naszej informatyki streściłby w trzech obrazach: lata 70., wielkie szpule komputerów "Odra", pokazywane w Polskiej Kronice Filmowej, którą trzeba było przeczekać zanim pojawił się zagraniczny film; lata 80., telewizyjne migawki z giełdy komputerowej, z obrazami Atari, Commodore czy ZX Spectrum, a wszystko to okraszone uszczypliwym komentarzem o zaradności rodzimych handlarzy; lata 90., budujący program publicystyczny o polskich montowniach PC-tów, które rosły po upadku komunizmu. Historia polskiej informatyki oczywiście jest znacznie bogatsza. Dziś możemy ją dokładniej poznać dzięki książce Bartłomieja Kluski "Automaty liczą". Niezwykle interesującej. Skromnej objętościowo, ale bogatej w treści. Szczęśliwie nie jest obciążona nadmiarem dat i cyfr, które kochają niektórzy historycy. Koncentruje się raczej na pokazaniu przemian, jakie zachodziły w polskim przemyśle komputerowym.
Piotr Lipiński, Spider's Web

Dużym atutem książki jest precyzja przekazu i selekcja informacji. Autor ściśle trzyma się wyznaczonego planu i wytyczonych tematów, nie czyni obszernych dygresji, które w książkach popularnonaukowych bardzo często zakłócają właściwą opowieść i wprowadzają zbędne zamieszanie, wytrącając czytelnika z głównego wątku. Z drugiej jednak strony, Kluska sprawnie "przemyca" w swojej opowieści skrótowe informacje i wzmianki na temat trudnego okresu, jaki przechodziła powojenna gospodarka i polityka – co oczywiście znalazło swoje odbicie także w sferze nauki i techniki.
Iwona Smęder, Histmag.org

Historia opowiedziana przez Kluskę jest wstrząsająca, bo pokazuje obraz polskiego piekiełka nie tylko w polityce, lecz również w nauce. I co najważniejsze, jest to praca pionierska.
Piotr Mańkowski, Tunguska

Integralną część książki stanowią wskazówki bibliograficzne. Jeśli brakuje w nich ważnego źródła, bardzo proszę o kontakt.

Popularne posty z tego bloga

Otchłań tekstu w magazynie Pixel

Pod koniec lat 90. granie przez internet to w Polsce wciąż zabawa dla garstki wybrańców. Nie dla nas barwne światy Ultimy Online, nawet kilka godzin spędzonych w MUD-zie jest wyróżnieniem.

Problem to dostęp do internetu, dla przeciętnego Kowalskiego osiągalny wyłącznie dzięki 0202122 – numerowi Telekomunikacji Polskiej. Połączenia blokują linię telefoniczną innym mieszkańcom i są notorycznie zrywane, szybkość przesyłu danych satysfakcjonuje co najwyżej miłośników tekstowych serwisów WWW oraz IRC-a, a dzień, w którym listonosz przynosi rachunek za telefon, jest najbardziej stresującym momentem miesiąca.

Nic dziwnego, że firma IPS, dystrybutor Originu, nie decyduje się sprzedawać w Polsce Ultimy Online – pioniera MMORPG, z setkami tysięcy graczy z całego świata i ogromnymi krainami fantasty, których wygląd podziwiać można w rzucie izometrycznym. Tylko nieco powszechniej dostępną rozrywką są darmowe MUD-y – multi-user dungeon – sieciowe gry tekstowe dla wielu osób, w których lakoniczne …

Recenzja książki z Robbo w "CD-Action"

W numerze 6/2018 poczytnego magazynu "CD-Action" ukazała się moja recenzja eksperymentalnej książki "Robbo. Solucja", która trochę mi się podobała, ale bardziej jednak nie. Dlaczego? O tym w tekście.

Złota era multiplayera w PSX Extreme

30 lat temu na urodziny dostałem od rodziców najlepszy prezent – drugi joystick. Otworzyło to przede mną i grupką znajomych (których wyraźnie przybyło, odkąd w moim domu pojawił się ośmiobitowy mikrokomputer) zupełnie nowy wymiar elektronicznej rozrywki.
Joystick kosztował wtedy równowartość miesięcznej pensji, ale było warto. Skończył się dla nas czas grania po kolei w River Raid i sprawdzania, kto lepiej popilotuje samolot w samobójczej misji nad rzeką. Skończyły się samotne wędrówki po azteckim grobowcu w Montezuma's Revenge, gdy poszukiwacza wirtualnych skarbów do precyzyjnego skoku dopingowała za plecami grupka kibiców. Epoka „jeden gra – reszta patrzy” przeszła do historii. Przecież nawet pradziad wszystkich gier – Pong – udowadniał, że najlepsza zabawa jest wtedy, gdy rywalizuje się z żywym przeciwnikiem. Odkrywaliśmy zatem uroki multiplayera, zauważając, że wiele tytułów nabiera w tym trybie nowego blasku.
-- o tym, co było dalej, przeczytają Państwo w lipcowym (#251) num…