Przejdź do głównej zawartości

Łowca. Ostatnie starcie w magazynie Pixel

Na początku 1994 roku w kinach pojawia się film „Łowca. Ostatnie starcie”. To pierwsza pełnoekranowa jaskółka szału gier komputerowych – pisze magazyn Secret Service.

Wprawdzie tematykę tę wcześniej poruszały choćby „Tron", „Gry wojenne", "Czarodziej” czy „Kosiarz umysłów”, dla polskiego widza były to jednak obrazy z dalekiej Ameryki. Krajowi bohaterowie nie mieli dotychczas okazji, by trafić do wirtualnej rzeczywistości.

Taką szansę dał im dopiero Jerzy Łukaszewicz, twórca lubianych przez dzieci „Przyjaciół Wesołego Diabła” oraz serialu „Wow”, w którym głównym bohaterem jest wirus komputerowy. To właśnie podczas produkcji tego drugiego reżyser doszedł do wniosku, że baśń dla młodzieży lat 90. nie może już obejść się bez komputerów.

Dlatego też Janik, 10-letni bohater „Łowcy” (w tej roli Mateusz Damięcki) jest wielkim miłośnikiem gier. Gdy jego ojca – biznesmena Jana (znany graczom również z programu Joystick Wojciech Malajkat) – porywa dwóch tajemniczych złoczyńców, którzy poznali się... na wysypisku śmieci, okazuje się, że aby go uratować, syn będzie musiał zwyciężyć również w świecie wirtualnym, w grze na Game Boya.

– Akcja zawiera typowe dla gier elementy: czynnik upływającego czasu, odpowiednie zastosowanie rekwizytów będących wyposażeniem bohatera, odgadnięcie i podanie hasła finałowego – fachowo piszą o filmie redaktorzy Secret Service’u, zauważając jednak kilka poważnych błędów. Gra pokazywana na ekranie jest kolorowa, podczas gdy Game Boy potrafi wyświetlać co najwyżej odcienie czerni i bieli, w jednej ze scen bohater korzysta z zabawki Nintendo, do której nie jest włożony kartridż z programem, a sam kartridż uparcie nazywany jest dyskietką. – Są to drobiazgi i możemy przymknąć na nie oko, ale następny film winni cenzurować pod tym kątem specjaliści – czytamy w recenzji magazynu.

Na mankamenty innego typu zwraca z kolei uwagę Gambler, zauważając, że w filmie o grach powinno być znacznie więcej samego grania. – Janik zasiada do gry dwa razy, za każdym razem dostając manto. Resztę czasu spędza na wałęsaniu się po mieście i zawieraniu pożytecznych znajomości – ubolewa recenzent. – Jest to jedyne przesłanie filmu, jakie udało mi się rozszyfrować: przyjaźń i miłość zwyciężą wszystko. Choć w tym przypadku »wszystko« to zaledwie dwóch żałosnych idiotów jeżdżących wszędzie mikrobusem Volkswagen.

Co ciekawe, Marcin Borkowski, redaktor naczelny Top Secret, mimo że również ogląda film przedpremierowo udostępniony przez dystrybutora, z grzeczności nie opisuje swoich wrażeń na łamach magazynu. Papierowi – nawet jak na standardy kina dziecięcego – bohaterowie, nielogiczności w fabule, absurdalne dialogi czy budzące śmiech efekty specjalne sprawiają, że także krytycy filmowi zbywają dzieło Łukaszewicza lodowatym milczeniem. Jednak najmłodsi widzowie, dla których – tak jak dla Janika – Game Boy jest spełnieniem marzeń, oglądają „Łowcę” z wypiekami na twarzach. – Kiedy film wszedł do polskich kin, posunąłem się do formy piractwa, o jakiej nie śni się dzisiejszym korsarzom Torrentów: z walącym sercem wniosłem na salę dyktafon ojca i nagrałem płynące z ekranu audio. Wielokrotnie później słuchałem w domu dialogów, a także świetnej ilustracji muzycznej Michała Lorenca – wspomina filmoznawca Michał Oleszczyk (w chwili premiery „Łowcy” 12-latek). – Chłonąłem świat Janika w przerwach między kolejnymi rozgrywkami na otrzymanej rok wcześniej Amidze, wyobrażając sobie, że któregoś dnia bohaterowie jednej z gier opuszczą swe dyskietki i przemienią także moje życie w przygodę rodem z kina.

-- dalszy ciąg artykułu o filmie „Łowca. Ostatnie starcie” można przeczytać w 8. numerze magazynu Pixel.